taki niebieski, od parasolki, zgubilam gdzies…pewnie przy wyciaganiu czegos zupelnie innego…z zabalaganionej torebki
zezlilam sie na siebie…na swoje roztrzepanie…ledwo co dostalam – juz zgubilam
wciaz cos gubie…ostatnio nawet rozbijam…trace
aniol stroz szepce mi w myslach, ze nie ma tego zlego, ze nauczka na przyszlosc, ze moze te rzeczy same chca sobie juz po prostu odejsc…ze taka juz kolej rzeczy, ze dobrze, ze inne wciaz sa…ale ja jakos tak wciaz zezlona na siebie…
ze nie dbam, ze nie szanuje, ze zbyt ulotnie to wszytko traktuje…a tego pokrowca niebieskiego to mi zal, ze sobie poszedl…tak po prostu, ze nie przypilnowalam – i wylecial
szkoda
nigdy nie wiem, zamykajac drzwi, kiedy je ponownie otworze…i komu
kiedy tak leze sama w lozku, tez nie wiem, czy jeszcze kiedys oprocz, ze w snach, znajde go tam obok
i kiedy dzwonek dzwoni do drzwi, to wiem, prawie napewno, ze to ktos inny
w nocy sasiedzi spac nie daja pozapalanymi oknami…takie wielkie latarnie naprzeciwko mojej sypialni, musze sprawic sobie zaslony
ale to przeczucie, ze on kiedys wroci i rozwali caly mojego swiata beznadziejny porzadek…zdaje sie byc zaslonoodporne
i i tak spac nie moge, a kiedy spie, to sni mi sie, ze on nie moze wsiasc do autobusu, w ktorym ja i moj chlopak dzielimy miejsce z tlumem innych pasazerow…nie ma juz miejsca dla niego…zostaje na przystanku, my odjedzamy
jest mi smutno, moj chlopak jest zdziwiony
my love was born upon this song, it was buried underneath it then, yet it has never died, instead it has put down strong roots…from which now a new beginning grows
cute Jude Law heals one more broken heart by, this time, feeding her with blueberry’s pie…but it is, indeed, a very good movie, again
first Kar-Wai’s english speaking movie, and first, not chaotic at all, hollwood-ish, yet very spiritual
time, space, colours and taste of sleepless nights…some people in between, so true…so strange
so beautiful
(“my blueberry nights”, watched last saturday, with 4 years of delay)
poznala go po chodzie, po kurtce i wlosach i wiecej nie chciala go juz poznac…uciekla do sklepu z gazetami, schowala sie za regalem, odczekala i poszla do domu, gdzie czekal na nia ksiaze
tutaj w Belgii mowia “pap”, u nas w Polsce uzywaja slowa papka; ja uzywam obu slow naprzemiennie, w zaleznosci od stopnia pochmurnosci tudziez promiennosci (czyli tak, jak mi sie podoba)
pap-ka, to gesta substancja, sporzadzona na ogol z mleka i czego jeszcze (na ten przyklad ryzu), pap-ka moze byc tez zupa, a kokretnie przecier z warzyw, jaki serwuje sie malym dzieciom (jeszcze bezzebnym)…lub wszystkim pozostalym, takze doroslym, niekoniecznie bezzebnym, ktorzy zwyczajowo lubuja sie w pap-kach
ja pap-ki tez lubie, tak bezwarunkowo, po prostu…od zwyklej kaszki (pap-ki) manny po pap-ke tof’owa – wyrob wlasny, mnie papki nie odrzucaja, smakuja mnie nawet, generalnie: chetnie sie pap-kam
i jak na ironie losu, swiat tez staje sie pap-ka, przeogromna pap-a, zbiorem i przemialem mysli, pogladow, czynow a nawet wyczynow, odglosow, uderzen…taka sto-razy-juz-odgrzewana pap-ka, co mdlosci powoduje, gorzka zgage..niesmaczna, szara, przypalona pap-ka…ale ja w takiej pap-ce sie nie-pap-kam
if i say i have no time for something it means i just don’t feel like it
takie to przedlistopadowe ciepelko
ludzie z lekka zakatarzeni, dni krotkie, poranki zimne, ale spoznione lato jeszcze trwa
halloween, swieto dyni i duchow…zabawne, ze w mojej wyszukanej tak zwanej ‘biblii do gotowania’ tysiac przepisow na nie-wiadomo-co, tylko tego prostego, na zupe z dyni taka zwyczajna jesienna – brak!
swiat probuje stanac na glowie, tylko jakos tak nieporadnie i nawet zupa z dyni mu z tego nie wychodzi =P
ksiezniczka, choc wsluchiwala sie w Bacha, postanowila byc tymczasowo czarownica…Malgorzacie tez sie to kiedys przytrafilo i to nawet na dluzej…a poniewaz nasza ksiezniczka mistrza miala u boku, prawie codziennie i szukac go, na szczescie, nie musiala (czasem sie tylko zamartwiala, kiedy za dlugo nie odpisywal na smsa), wiec skoro szukac go nie musiala i z tegoz to powodu czarownica stawac sie nie musiala, w bycie heksa postanowila sie ksiezniczka jedynie zabawic, ze niby skoro taki jesienny wieczor, dlugi i zimny, to mozna by naparzyc ziol, roztoczyc won lawendowo-rumiankowa, oddac sie tym oparom, bez oporu i w calosci, zawiazac fartuch, zakasac rekawy i warzyc, warzyc rozne ziola zieliska, do woli, ile wlezie, zaczadzic sie nimi i zasnac
a koldry sa dwie i trzy poduszki, milosc i pokoj z kuchnia – wersja numer dwa
i niech nawet “mimozami jesien sie zaczyna”